У нас вы можете посмотреть бесплатно Canoe / Kanadyjka - Rzeka Widawa, odcinek Zbytowa - Grędzina - Chrząstawa Wielka или скачать в максимальном доступном качестве, видео которое было загружено на ютуб. Для загрузки выберите вариант из формы ниже:
Если кнопки скачивания не
загрузились
НАЖМИТЕ ЗДЕСЬ или обновите страницу
Если возникают проблемы со скачиванием видео, пожалуйста напишите в поддержку по адресу внизу
страницы.
Спасибо за использование сервиса ClipSaver.ru
#canoe #Widawa #zwałki #kanadyjka W jednym z internetowych opisów, odcinek który planujemy to 11 kilometrów, średni czas na jego pokonanie około 3 godziny. Trasa trudna z licznymi zwałkami. Uzbrojeni w taką wiedzę ruszamy ku przygodzie. Godzina 16:00 koniec pracy i wyjazd do Chrząstawy. Godzina 17:00 zostawiamy jedno auto w Chrząstawie Wielkiej czyli na naszej mecie i drugim razem z canoe na dachu jedziemy na nasz start czyli do Zbytowej. Godzina 17:30 wodujemy się… Rzutem na taśmę wróciłem do auta aby zabrać lampkę, za trzy godziny, jak planowaliśmy skończyć będzie już ciemno, więc dobrze mieć jakieś oświetlenie, ten impuls rozsądku będzie miał już niebawem wymierne znaczenie. Początkowo rzeka płynie pośród pól, wysokie trzciny są dość wygodne do mijania i dość szybkim rytmem mijamy pierwszy odcinek rzeki. Po wypłynięciu poza Grędzinę, pojawiły się pierwsze powalone drzewa. Część udało się ominąć, pod niektórymi udało się przepłynąć, ale pojawiły się pierwsze przeszkody, które zmusiły nas do wyjścia z canoe, wejście na powalone drzewo, przeciągnięcie nad tą przeszkodą canoe i opuszczenie z drugiej strony. Dodam, że żaden z nas wcześniej nie pływał na rzekach z przeszkodami. Nie licząc pojedynczych zwałek, które najczęściej dało się ominąć brzegiem. Za nami pierwsze, drugie, piąte tak powalone drzewo. Ciągle płyniemy suchą stopą, wychodzimy na przeszkodę i zaraz za nią wskakujemy na pokład. Jesteśmy pełni euforii, tak przygodowej rzeki jeszcze nie mieliśmy, pływanie z przeszkodami jest super! I pomyśleć, że takie emocje nam towarzyszyły… W pewnym momencie wiosłem wymacaliśmy, że rzeka jest płytka więc kolejne powalone drzewa zaczęliśmy pokonywać już na mokro. Wyskakujemy z canoe do wody, przeprawa przez przeszkodę i wskakujemy dalej płynąc, ale po kilku metrach kolejna przeszkoda, więc operację trzeba powtórzyć i tak raz za razem. W pewnym momencie dociera do nas, że zaczyna zapadać zmrok, płyniemy przez las, który jeszcze bardziej pogłębia mrok. J Zrobiło się już całkiem ciemno. Wyciągamy lampkę, zamontowanie jej na dziobie sprawiło, że światło oślepiało nas, zatem jedynym rozwiązaniem jest przyczepienie jej na rufie… Udało się tylko mały szkopuł, widzimy ładnie oświetlony brzeg, ale to co jest przed nami jest bardzo słabo, żeby nie Powiedzieć, że nie jest w cale oświetlone. Płyniemy tak, ale co chwilę wpływamy w koleje przeszkody, w kolejne drzewa. Dobra, wyciągam telefon, żeby na mapie zobaczyć ile mamy jeszcze do końca i która jest godzina… Godzina 21:30 jesteśmy w połowie drogi… Lampka oświetlała mrok, ale było to dalekie od komfortowej widoczności, zwłaszcza tego po czym stąpamy. Jednak miało to też swoje plusy, za dnia świadomie raczej nie wchodziłbym w zwałki pełne śmieci, w nocy przedzieraliśmy się przez nie, nie zastanawiając się jakie „śmietnisko” mamy wokół siebie. Nawet jak wypływaliśmy na prostsze odcinki to nie mogliśmy się rozpędzić, bo nic przed sobą nie widzieliśmy. Między naszymi głowami nietoperze urządzały sobie slalom, ale to nie nietoperze zaczęły nas straszyć. Płyniemy w tym mroku, przez gęsty las, towarzyszy nam głęboka cisza, a tu pod canoe podpływają bobry i tuż obok z głośnym plaśnięciem ogona znikają pod wodą. W takiej ciszy usłyszeć coś takiego tuż obok.... dodawało to dodatkowych emocji. Sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie. Nie wiemy czy była to próba przepędzenia nas, a może igraszka, zabawa z nami. Tak czy inaczej do zmęczenia fizycznego doszło jeszcze psychiczne zmęczenie. W pewnym miejscu, podczas przedzierania się przez gęste gałęzie powalonego drzewa, przewróciliśmy się i cali wpadliśmy do wody. Na szczęście nie było bardzo głęboko i można było odwrócić canoe i wylać z niej wodę. 00:30 zobaczyliśmy znajomy widok, w końcu zobaczyliśmy miejsce, do którego dopłynęliśmy tydzień wcześniej. Przemoczeni, wymęczeni i przemarznięci nagle dostaliśmy silny zastrzyk energii. To już nasz odcinek, już wiedzieliśmy, że tutaj nie będzie żadnych zwałek i swobodnie dopłyniemy do auta. Mimo panującego zmroku zmierzaliśmy do mety. 1:00 dopłynęliśmy! 11 kilometrowy odcinek rzeki pokonaliśmy niemal w 8 godzin! To jest niemożliwe! Szybciej byłby nam się czołgać. Nie mamy pojęcia ile przeszkód pokonaliśmy, ale na pewno kilkadziesiąt, myślę że ponad 50. Na koniec jeszcze przejazd po drugie auto, powrót, zapakowanie canoe na dach. I canoe, które waży około 30 kilogramów.....a teraz ogromny problem, by je dźwignąć i wrzucić na dach… Byliśmy wyczerpani, przemoczeni i cali podrapani. 3:00 wróciliśmy do domów. Wyszliśmy o 16:00 z pracy i przed 3:00 wróciliśmy do domu. Dwóch takich, co poszli popływać.