У нас вы можете посмотреть бесплатно "...JEST PAN ZWOLNIONY." или скачать в максимальном доступном качестве, видео которое было загружено на ютуб. Для загрузки выберите вариант из формы ниже:
Если кнопки скачивания не
загрузились
НАЖМИТЕ ЗДЕСЬ или обновите страницу
Если возникают проблемы со скачиванием видео, пожалуйста напишите в поддержку по адресу внизу
страницы.
Спасибо за использование сервиса ClipSaver.ru
Marek, mężczyzna w sile wieku, liczący sobie dokładnie czterdzieści lat, stał przy potężnej, zardzewiałej bramie. Była ona milczącym świadkiem dwudziestu lat jego życia, całego jego dorosłego istnienia. Za tą bramą rozciągała się jedyna w okolicy fabryka, miejsce, gdzie jego dłonie zyskały siłę i wiedzę. Teraz stał tam z teczką w ręce, która zawierała dokumenty odprawy, będące niczym list pożegnalny do jego własnej tożsamości. Fabryka, będąca sercem tego małego miasta, umarła, a wraz z nią, poczucie bezpieczeństwa Marka. Musiał znaleźć nowe zatrudnienie, co stało się jego Osią Główną, lecz jego dotychczasowe umiejętności, tak cenne w świecie stali i tłoków, w nowej rzeczywistości były bezwartościowe. Został zmuszony do walki o przetrwanie w świecie, którego reguł kompletnie nie rozumiał. Cisza, która zapanowała za bramą, była obezwładniająca. Nie była to zwykła cisza weekendu; była to cisza kryzysu. Była głośniejsza niż huk maszyn, niosła w sobie echo utraconej stabilności i przyszłych kłopotów. Marek usiadł w starej, brudnej kawiarni naprzeciwko bramy. Kiedyś to miejsce tętniło życiem, teraz było puste. Kobieta za ladą, starsza od niego o kilka lat, patrzyła na niego z cichym współczuciem, doskonale rozumiejąc jego sytuację. Wszyscy w tym mieście mieli tę samą, gorzką historię. Jego pierwszą myślą były twarde, chłodne liczby. Marek rozłożył na stole swoje finanse. Oszczędności, zebrane przez dwadzieścia lat rzetelnej pracy, po odjęciu zobowiązań, starczały na trzy miesiące godnego życia. Po upływie tego czasu, jego rodzina – żona i dwoje dorastających dzieci – musiała stanąć w obliczu realnej biedy. Ten trzy-miesięczny okres stał się jego nowym, bezwzględnym zegarem. Ucieczka była tylko jedna: musiał się przekwalifikować. Musiał porzucić godność doświadczonego rzemieślnika i stać się uczniem, mimo czterdziestu lat na karku. Postanowił zapisać się na kursy, które miały mu dać wiedzę o nowej technologii, o świecie, który działał na prądzie i kodach, a nie na smarze i młotach. Wiedział, że ta decyzja oznacza bolesny powrót do ławki, ale musiał to zrobić. Jego pierwsza wizyta w agencji pośrednictwa pracy była upokarzająca. Budynek, pełen obojętnych urzędników i bezdusznej biurokracji, wydawał się aktywnie działać przeciwko jego nadziei. System nie był przygotowany na pracowników w jego wieku, którzy stracili całą swoją wiedzę i lata praktyki. Urzędniczka, młoda i znudzona, zerkając na jego metrykę, zaoferowała mu dwa miejsca na kursach: jedno, przeznaczone dla absolwentów szkół i traktujące o bardzo podstawowych umiejętnościach dla dwudziestolatków, lub drugie, wymagające codziennego dojazdu sto kilometrów do stolicy regionu. Ten drugi kurs, choć bardziej zaawansowany, wyczerpałby resztki jego oszczędności w kilka tygodni. Marek poczuł ostry gniew. Żadna opcja nie była dobra. Wybór padł na kurs z nowej technologii w lokalnym ośrodku. Postanowił zignorować fakt, że będzie najstarszym uczniem w grupie i że program jest skrojony pod zupełnie inne pokolenie. Nowa wiedza, choć obca, była jego jedyną bronią przeciwko bezrobociu. Na pierwszych zajęciach, ten gniew i determinacja natychmiast się potwierdziły. Obok niego usiadła grupa młodych ludzi, a instruktor, zaledwie dziesięć lat starszy od jego najstarszej córki, spojrzał na Marka z jawną pogardą i rozbawieniem. Powitał go, mówiąc głośno do reszty, że "mamy dzisiaj z nami gościa z epoki żelaza", sugerując, że jego wiek uniemożliwia mu przyswojenie cyfrowej wiedzy. Cała grupa, złożona z dwudziestu osób, zaśmiała się. Upokorzenie było gorzkie. Marek miał ochotę wstać, rzucić teczką i wyjść. Zamiast tego, w geście cichego buntu i absolutnej determinacji, zacisnął zęby. Spuścił wzrok na podręcznik i postanowił, że udowodni swoją wartość nie słowami, lecz wynikami. Ta nowa wiedza była jego tarczą, a wrogie otoczenie – jego pierwszym testem bojowym. Pod koniec pierwszego dnia, Marek został do późna. Zostawił go w pustej sali, otoczony przez szumiące maszyny, które w tym nowym świecie zastąpiły ciężkie maszyny fabryczne. Siedział tam, starając się zrozumieć trzy podstawowe pojęcia, które instruktor ledwie wspomniał. Młodzi ludzie dawno wyszli. Cisza w sali była inna niż cisza fabryki – była to cisza pełna wysiłku i skupienia. Marek czuł, że ta walka o wiedzę będzie długa, ale po raz pierwszy od czasu zamknięcia fabryki, poczuł cień celu. Jego nowe zaangażowanie w naukę było jego cichą obietnicą i siłą, ale wrogie otoczenie i pogarda były pierwszym, surowym testem jego determinacji. Marek musiał się mierzyć z dwoma światami jednocześnie: tym, który go odrzucił, i tym, który musiał przyswoić. Czas tykał, a jego trzy-miesięczny bufor bezpieczeństwa szybko się kurczył, co potęgowało potrzebę natychmiastowego sukcesu. Został sam, by walczyć ze starymi przyzwyczajeniami i nowymi technologiami.